30 listopada 2012

Kilka słów o Fake Bake :)

O produktach Fake Bake pisałam już wcześniej.  Samoopalacze firmy Fake Bake to jedyne samoopalacze, które zadowalają mnie w każdym najmniejszym calu. Kiedyś nie cierpiałam samoopalaczy tak mocno jak efektu pomarańczowej skórki po ich użyciu, teraz jednak jest inaczej, odkąd poznałam firmę Fake Bake i jej produkty, mój pogląd na kosmetyki  brązujące diametralnie się zmienił. Sama miałam okazję używać dwóch produktów tej firmy i z obydwóch byłam bardzo zadowolona – po jednym zostało już tylko wspomnienie bo samoopalacz Fake Bake Flawless był moim ulubionym samoopalaczem dającym efektem dłuższej opalenizny. Obecnie został mi jeszcze Faux Glo, który już jest na wykończeniu – tutaj możecie wrócić do recenzji Faux Glo i Flawless. Dzisiaj chciałabym przybliżyć troszeczkę ideę firmy, jej krótką historię i z czym to się je.  ;)

Kilka słów o Fake Bake.
Firma Fake Bake została założona w USA w 1995 roku. Jako pierwsza wprowadziła na rynek samoopalacze łączące składniki brązujące pochodzenia naturalnego - DHA i Erytrulozę - zapewniające utrzymującą się dłużej (nawet o 50%) i bardziej naturalnie wyglądającą opaleniznę. Wielkość sprzedaży detalicznej produktów Fake Bake była natychmiastowym sukcesem. Docenione zarówno przez ekspertów kosmetologii, jak i celebrytów szybko doczekały się powszechnego uznania i licznych wyróżnień. Trampoliną w drodze na szczyt okazał się ranking we wpływowym czasopiśmie New York Times, nadający serii produktów Fake Bake pierwsze miejsce w kategorii samoopalaczy (do oceny poddano 22 konkurencyjne kosmetyki).
Jak zmywać opaleniznę?
W przypadku produktów, które tworzą opaleniznę jednodniową wystarczy wziąć kąpiel, inaczej ma się rzecz w przypadku samoopalaczy trwałych np. Flawless – tutaj, musimy uzbroić się w więcej cierpliwości, albo wziąć porządna kąpiel w wannie, jednak zazwyczaj ta opalenizna schodzi po kilku takich kąpielowych seansach, szczególnie jeżeli stosowaliśmy Flawless długo i nasza opalenizna jest mocna.
Co wyróżnia Fake Bake?
•    Bake jako pierwsza wprowadziła samoopalacz łączący składniki brązujące pochodzenia naturalnego – DHA i Erytrulozę – zapewniające utrzymującą się dłużej (nawet o 50% niż inne preparaty zawierające tylko DHA) i bardziej naturalnie wyglądającą opaleniznę.
•    Fake Bake wykorzystuje tylko najlepszej jakości składniki pochodzenia roślinnego.
•    Fake Bake oferuje produkty dodatkowo zapewniające różnorodne sposoby pielęgnacji, takie jak przeciwdziałanie starzeniu się skóry, wykorzystanie antyoksydantów czy działanie antycellulitowe.
•    Produkty Fake Bake, w przeciwieństwie do większości samoopalaczy mają przyjemny i jednocześnie delikatny, niepozostający zbyt długo na skórze zapach.
•    Fake Bake nie testuje swoich produktów na zwierzętach.
•    Produkty Fake Bake nie zawierają parabenów.
•    Fake Bake posiada w ofercie także produkty wyłącznie dla profesjonalnych salonów kosmetycznych – linia kosmetyków GOLD.
Fake Bake na święta przygotował zestawy prezentowe, dla wszystkich tych którzy chcą być muśnięci delikatnym słońcem nawet podczas srogiej zimy. Przyznam szczerze, sama chciałabym dostać prezent w postaci takiego zestawu który składa się z 3 rzeczy: bronzera Fake Bake, Samoopalacza i pędzla kabuki. A co powiedziałybyście na recenzję takiego jednego zestawu przed świętami? A teraz zapraszam Was do sklepu Fake Bake.

29 listopada 2012

cud, miód i orzeszki - Piling do biustu od Pat&Rub

Kosmetyki firmy Pat&Rub od jakiegoś czasu robią mojej skórze bardzo dobrze :) Mój romans z nimi zaczął się bardzo niewinnie, bo dzięki firmie Merlin. Wcześniej słyszałam o nich mało, za mało! Dlaczego? Bo to kosmetyki o których powinno się w Polsce mówić! To nasze Polskie złoto! Jeszcze żaden kosmetyk z tej firmy mnie nie uczulił, nie zaszkodził, ogólnie z ręką na sercu mogę wam powiedzieć jedno – są  to kosmetyki, które jak wam pomogą to na wiele sposobów, a jak nie pomogą, to przynajmniej nie zaszkodzą i to pewne! W tych kosmetykach odnajduje świetne połączenia zapachów i estetykę opakowań co cieszy moje oko, niewymuszony minimalizm lubię.
Seria biokosmetyków Naturalnie Piękny Biust powstała dla zapewnienia skutecznej i intensywnej pielęgnacji biustu i dekoltu, ale również z myślą o dobrym samopoczuciu i komforcie Pań. Peeling do Biustu i Dekoltu w swoim składzie zawiera drobinki bambusa. Skutecznie, lecz nie podrażniając, złuszcza martwy naskórek. Oczyszcza i stymuluje regenerację. Kremowa formuła tego ekokosmetyku sprawia, że piling z łatwością rozprowadza się na skórze i subtelnie masuje. Zawarte w pilingu naturalne składniki doskonale nawilżają i odżywiają skórę. Do kupienia tutaj.
Kompozycja:

•    Drobiny bambusa* - skutecznie i delikatnie złuszczają naskórek, ułatwiając przenikanie substancji czynnych
•    Woda z rumianu rzymskiego* - działa przeciwzapalnie i łagodząco, ma silne właściwości regenerujące i nawilżające
•    Ekstrakt z hibiskusa* - koi, łagodzi podrażnienia, działa przeciwzapalnie
•    Lukrecja* - łagodzi podrażnienia, przyśpiesza gojenie, zmniejsza zaczerwienienia, regeneruje, rozjaśnia
•    Roślinna gliceryna* - nawilża
•    Łagodne substancje myjące* - oczyszczają
*Surowce z certyfikatem ekologicznym

 Moje wrażenia: 
Wcześniej do złuszczania skóry na biuście i dekolcie używałam zwykłych pilingów i to był podejrzewam błąd. Pilingi do ciała są troszeczkę za mocne, a skóra dekoltu jest przecież bardzo delikatna i trzeba umieć się z nią subtelnie obchodzić. Piling o którym dzisiaj mowa jest bardzo delikatny, zawiera w sobie drobinki bambusa które czule masują nasze atuty. Spotkałam się z opinią, że ten piling jest dosyć mocny, jednak dla mnie jest całkiem odwrotnie, jest bardzo delikatny, a mimo to złuszcza skórę idealnie. Efekt oczyszczenia jest odczuwalny już po pierwszym użyciu. Zawiera łagodne składniki myjące dzięki czemu skóra jest jedwabiście gładka i przyjemna w dotyku a do tego nawilżona i bynajmniej nie mam tu na myśli okropnego efektu parafinowego, który czasem wystepuje w zwykłych pilingach. Zapach jest obłędny! Po prostu cudny! Ciężko mi go opisać, ale jest to jeden z moich ulubionych zapachów, choć nie potrafię go konstruktywnie opisać :) Mam dla was jeszcze jedną dobrą wiadomość, ten piling idealnie nadaje się także do używania go do twarzy! Naprawdę, świetnie się sprawdza jako twarzowy złuszczak, wyrównuje koloryt i rozjaśnia skórę,ale z nieco cudak, mówię Wam :) Jedyne do czego mogę się przyczepić to konsystencja, która jest trochę zbyt rzadka i czasem przez to nabierałam go intuicyjnie zbyt dużo. Oj i jeszcze cena jest nieco zaporowa bo za 150ml trzeba zapłacić 75zł – jednak dla łowców promocji będzie niższa ;)
Podsumowanie:
Piling na wagę złota! Nasz biust to nasz kobiecy atut, powinnyśmy o niego odpowiednio dbać. Szyja, dekolt i biust to miejsca które dosyć szybko się starzeją i nie wyobrażam sobie traktować mojego biustu niepotrzebnie silikonami. Dlatego też, ten piling jest dla mnie idealnym kompanem, złuszcza, nawilża, oczyszcza i przy okazji jeszcze pięknie pachnie. Skład jest niegroźny, bo kosmetyki Pat&Rub nie zawierają wielu szkodliwych substancji. Ogólnie – cud, miód i orzeszki, ja jestem na tak!
Moja ocena:
A Wy dziewczyny lubicie kosmetyki Pat&Rub? Używacie? :) Macie jakiś swój ulubiony kosmetyk z tej firmy? :)

Santa can you hear me?! :)

Santa can you hear, I have been so good this year ! – Tak lecą słowa starej świątecznej piosenki Britney Spears. Jestem już stara, więc nie przysługują mi listy do świętego Mikołaja ani żaden pakiet prezentowy, jednak marzyć nikt mi nie zabroni :D W tym wieku jestem już dla siebie sama świętym Mikołajem, co czasem bywa nieco frustrujące, bo chciałoby się mieć raz w roku dziada z workiem kosmetyków i nie tylko ;) Ja dziś piszę swój list do świętego Mikołaja. (Tak po prostce –do siebie:D) Post ma wyrazić moje obecne mocne chcenia świąteczne, oby choć jedno z nich udało mi się zrealizować przed ustawową gwiazdką :D
Oj, do poduszki ta książka pasowałaby mi jak ulał. Mam na swoim nocnym stoliku obecnie książkę lekcja makijażu i idealnie by ze sobą współgrały :) 
Odkąd zobaczyłam świąteczną kolekcję MAC glamour daze ślinię się do tej pory cały czas! Najbardziej się ślinię na różnego rodzaju pędzle do makijażu, które w tych zestawach są o wiele tańsze niż pojedyncze sztuki razem wzięte. Wydatek spory, ale może zrealizuje to marzenie za voucher warsztatowy, kto wie ;)
Zazwyczaj podczas każdej zimy chodziłam jak głupek z gołą głową, w tym roku nie zamierzam popełniać tego błędu ponowie. Zaopatrzyłam się już w jedną czapę i planuję zakup kolejnej, rękawiczki przywiezie kurier lada dzień i może by jakiś komin do tego? Hmmm :)
Oj, ten zestaw chodzi mi po głowie odkąd go pierwszy raz zobaczyłam! Byłam już w dwóch Sephorach by go pomacać i nic, nigdzie na razie nie ma, buu :( A tak ładnie się do mnie uśmiecha...
a może bym tak zabrała pod choinkę nowego beauty blendera? Bo stary się sprał mocno :P
A może by tak Nigella co by nie gotować ciągle jałowego jedzenia? :D
 Pachnidło jedno z moich ulubionych :D

Dziewczyny! A jak to jest u Was? Celebrujecie jakoś Mikołajki/Gwiazdkę? Kupujecie sobie wzajemnie z bliskimi prezenty czy nie przywiązujecie do tego uwagi? Chętnie także przeczytam co jest na Waszej świątecznej chciej-liście :)

28 listopada 2012

rozprawka o tym jak tester chciał mnie oszukać, a piękna Pani i tak się znalazła ;)

Wczoraj chwaliłam się moimi łupami z Rosmanna, dziś nadal się chwalę, a przynajmniej zamierzam – jednym z nich. A mowa o pomadce do ust L’Oreal Caresse 203 Rock ‘N MAUVE. W ogóle to było tak: Wchodzę do sklepu, kręcę nosem, a to nie mój kolor, a wykończenie nie moje, tam jakieś drobinki i przecież nie przepadam za tą firmą! Ale nie, zaparłam się nogami i rękami… że kupię! Testery były, hmm dziwne? Co najmniej dziwne! Numer bodajże 2 tester był inny niż dwójka nówka, pokazałam to nawet Pani asystującej przy szafie i tak myśli myśli… no faktycznie! Ale to może od ciepła zmienił się kolor? No tak… to może od ciepła wykluły się także w niej drobinki? Ah ta dzisiejsza chemia, wszystko jest możliwe, nawet zmiana kilku tonów koloru w testerze! :D Fascynująca sprawa. Zostawiłam więc ten róż i szukałam dalej, nie sugerując się testerami, a nóż wykluje mi się w nich coś gorszego niż drobinki ;) Moje oczy zwróciły uwagę na fiolet, niby śliwkowy w opakowaniu, jednak trochę strachu było że znów zrobię z siebie truposza, a co mi tam! Spróbujemy… I teraz czas na konkluzję, spróbowałam i nie żałuję, eksperymenty się opłacają, ale nadal nurtuje mnie pytanie dlaczego tester wygląda inaczej niż pomadka w opakowaniu? Czy ktoś może mi wytłumaczyć te fenomen? Czy to frima L’Oreal robi mnie w ciemno, czy ktoś stroi sobie jakieś niskolotne żarty? Oczekuje odpowiedzi. Seriously!
Rzucę jednak na blat mały opis tejże pięknej pani, otoczonej naprawdę piękna oprawą. W szmince do ust L’oreal Rouge Caresse połączono formułę błyszczyka i pomadki, które dają komfort noszenia i łatwość w aplikacji. Dzięki olejowo-kremowej konsystencji, szminkę łatwo jest rozprowadzić na ustach – wystarczy przeciągnąć sztyftem po wargach, aby pojawił się kolor pomadki i błysk błyszczyka, a usta zachowują swoją naturalną fakturę.Teraz nie musisz łączyć klasycznej pomadki z błyszczykiem. Wystarczy Ci Rouge Caresse.”
Ciężko się nie zgodzić z twierdzeniem producenta, mimo iż jestem wielką fanką pomadek z MACa, żadnej z nich nie nosi się tak przyjemnie jak Caresse, nawet tych o kremowym wykończeniu, które są jednak cięższe niż Caresse. Ah, ta pomadka sunie po ustach, mocno nawilża i daje efekt delikatnego połysku, usta wyglądają ładnie i powabnie! Czy można chcieć czegoś więcej? Czasem i można. Caresse w porównaniu do wspominanego MACa ma trwałość słabą, nie najgorszą, ale słabą. To jest jedyne co mogę jej zarzucić, reszta jest naprawdę piękna! Subtelne, eleganckie opakowanie, kolor, brak zapachu i smaku! (uff!), idealne nawilżenie i świetne wykończenie, będę stawiać na Caresse o wiele częściej niż dotychczas!
Mała pokazówka kolorku na moich ustach. Prawda, że wygląda świeżo i niebanalnie? ;) Normalnie za nią trzeba zapłacić ok 43zł, jednak ja zapłaciłam za nią coś koło 24zł z tego co pamiętam dzięki rosmanowskiej promocji. Dziś w moje skromne progi wkroczy jeszcze jedna Pani Caresse. Kochane, lubicie Caresse? Macie jakieś kolory jeszcze do polecenia? Nadmieniam, że dobrze czuję się w kolorach łososiowych, fuksjach, fioletach i tylko czasem nudziakach… no i oczywiście, różach wszelkiej maści i treści ;)


27 listopada 2012

Meet my new friends ;)

Wszystkie z was już pewnie wiedzą, że w rosmannie nadal trwa promocja na całą kolorówkę -40% i dziwną rzeczą by było, gdybym ja z tej promocji nie skorzystała. Jutro jest ostatni dzień na to, aby zrobić zakupy z tą zniżką, więc jeżeli któraś jeszcze planuje coś dopaść (jak np. ja) to polecam się pośpieszyć :D
Od lewej: Mój ukochany tusz Max Factor 2000 calorie w odcieniu navy, gdyż idealnie wyciąga blask mojej tęczówki, czarny ją trochę tłamsi. Potem fuksjowy lakier Sally Hansen, takiego odcienia jeszcze nie mam to się przyda ;) Pomadka Loreal w której jestem zakochana od przed wczoraj, jak ja mogłam odkryć je dopiero teraz?! Idę się zaczaić na nie jeszcze jutro bo są świetne! Oczywiście wpadła mi też w łapki Rimmelowa Kate w kolorze mocnego różu numer 20 widziana ostatnio u Belloleum ;) A to małe czarne zaraz pokaże od góry :D
Słynny eyeliner Bobbi Brown o którym marzyłam od dawna i udało mi się go capnąć tajniej u Obssesion.

Inglotowe Sleek Cream, moje ulubione błyszczyki w całkiem akceptowalnych cenach.
Zobaczyłam u jamapi i też zapragnęłam go mieć :D Dzisiaj specjalnie się po niego wybrałam.

14 listopada 2012

O lekkim nieporozumieniu z TBS słów kilka

Wczoraj pod niebiosa wychwalałam krem z The Secret Soap Store który uwielbiam całym sercem. Dzisiaj zmierzę się z recenzją kremu do rąk i paznokci  witaminą E z The Body Shop. Kiedy  go kupowałam urzekł mnie jego delikatny, dziecięcy zapach, estetyczne różowawe opakowanie. Choć cena mnie nie urzekła, bo ten krem kosztuje aż 39zł! To postanowiłam spróbować… Czy to była dobra decyzja? Dziś już wiem, że niestety nie, spróbuję opowiedzieć dlaczego tak się stało.
Producent mówi:
Krem do rąk i paznokci. Zawarta w Kremie witamina E chroni skórę, wygładza dłonie i wzmacnia paznokcie; masło shea i pantenol pochodzące z upraw Zrównoważonego Handlu zapewniają działanie pielęgnacyjne. Wmasować w dłonie i naskórki, nie testowane na zwierzętach. 
Moje wrażenia:
Krem początkowo nie był zły, był całkiem w porządku. Jednak szybko okazało się, że po jego wmasowaniu działanie które powinno być długotrwałe zniknęło niczym ręką odjąć. Konsystencja kremu czasem mnie drażniła, ani treściwy, ani lejący, ani też w sam raz. Raz wchłaniał się szybko, innym razem zalegał na dłoniach i niesamowicie mnie tym irytował. Skóra na chwilę łapała po nim oddech, po czym krztusiła się niemiłosiernie  co skutkowało tym, że musiałam go używać częściej niż często, gdyż niestety nie nawilżał mojej skóry w sposób dla mnie zadowalający. Tego masła Shea w tym kremie chyba mi trochę pożałowano, za tą cenę spodziewam/spodziewałam się czegoś więcej, o wiele więcej. Dla mnie to krem trójkowy, niczym się nie wyróżnia od kremów z niższej półki, tych za 13-15 zł a nawet uważam, że możecie w tej cenie znaleźć lepsze od niego, jak chociażby krem neutrogena. O wydajności ciężko się rozpisywać, gdyż krem jest totalnie niewydajny i zużywa się w mgnieniu oka i czym tu się za te 39zeta podniecać? Nie wiem… The Body Shop w tym przypadku mocno zawyżył cenę co do jakości/wydajności. Sugerowana cena przeze mnie dla tego różowego Pana to złotych 15naście ;) Ah, zapach. Zapach jest okej, pachnie trochę jak balsamy dla dzieci.

Podsumowując:
Krem kremowi nierówny, wczoraj zachwyt, dzisiaj zgrzyt. Zachwyt kosztuję 19,90 zgrzyt 39zł – nie muszę już chyba mówić nic więcej. Każdy wyciągnę z tego coś dla siebie. Mam wrażenie, że w Polsce traktuje się The Body Shop jako super wypasiony sklep, chociaż z tego co widzę, oni sami tak o sobie myślą, ceny nieadekwatne do produktów, tylko jak są promocje warto coś tam kupić i niestety, większość kosmetyków które od nich miałam są okropnie niewydajne. Nie polecam tego kremu za tą kwotę, ja nie jestem z niego zadowolona. Chciałoby się rzecz – The Body Shop, spuść trochę z tonu! ;)
Moja ocena:

12 listopada 2012

Ulga dla dłoni ;) O zbawiennym kremie do rąk :)

Jestem totalną maniaczką kremów do rąk, zawsze mam co najmniej 3 w swojej aktualnej kosmetyczce. Obecnie naliczyłam ich całe 9 ;) Krem do rąk biorę ze sobą wszędzie, nie może go zabraknąć w mojej torebce nigdy! Nienawidzę mieć przesuszonej skóry na dłoniach choć troszeczkę, więc po każdym myciu zwyczajnie muszę nakremować ręce. Podczas okresu zimowego robię to jednak częściej niż zwykle, bo rękawiczki i mróz potrafią mieć działanie iście katastrofalne na skórę moich dłoni. Kiedy dobieram kremy do rąk liczy się dla mnie naprawdę wiele czynników, w tym temacie jestem bardzo wymagająca. Dziś biorę pod lupę krem do rąk masło shea o zapachu wanilii z The Secret Soap Store.
Opis producenta:
Krem do pielęgnacji suchej i podrażnionej skóry rąk. Dzięki wysokiej - 20% zawartości masła Shea, jest znakomitym kosmetykiem do pielęgnacji suchej i podrażnionej skóry rąk. Dodatkową jego zaletą  jest delikatny, waniliowy zapach. Cena kremu to 19.90 za tubkę, którą można dostać tutaj.
Zalety:
-Krem ma bardzo treściwą konsystencję, idealnie się wchłania i maksymalnie nawilża skórę w kilka krótkich chwil,
-Po jego zastosowaniu efekt nawilżenia utrzymuje się wystarczająco długo,
-Niewielka ilość kremu nałożona na dłonie w zupełności wystarczy gdyż krem jest bardzo wydajny, sama początkowo byłam zdziwiona tym jak mało trzeba aby sprawić sobie przyjemność ;)
-piękny waniliowy zapach, uwielbiam wanilię! A ten krem pachnie tak prawdziwie waniliowo że aż mnie ciarki przechodzą ;)
-Idealnie sprawuje się podczas ratowania skóry podrażnionej czy też popękanej, jak miałam podrażnione łapki to był to mój wybawca! I jest nim do dziś! :)
-ekologiczne opakowanie, wygodne, poręczne, bezproblemowe przy wyciskaniu resztek kremu :) 
Wady:
-Cena, co prawda nie jest ona duża ani ogromna, ale dla mnie jako maniaczki kremów do rąk jest ciut za wysoka, i życzę sobie z tego powodu wielu promocji :D
Moje wrażenia:
MÓJ KWC! Uwielbiam ten krem, po prostu go kocham! Kiedy mi się kończył  próbowałam ograniczyć jego zużycie zamieniając go z innym, jednak niż tego – on jest najlepszy! Na szczęście na sobotnich targach kosmetycznych udało mi się go dorwać w cenie hurtowej i jestem tym faktem zachwycona! Ciężko będzie mi się przestawić na jakikolwiek inny krem do rąk, gdyż teraz już żaden z używanych wcześniej mu nie dorasta do pięt… A co najlepsze kupiłam przed nim krem z the body shop z witaminą E, właśnie czeka go recenzja… jest droższy od tego o 100%  i o wiele gorszy… To chyba wszystko tłumaczy ;)

A Wy już macie swoje ulubione kremy do rąk? Ja szczerze polecam wypróbowanie tego, można go kupić online bądź w różnych drogeriach, trzeba tylko się za nim troszeczkę rozejrzeć.
Moja ocena: