28 stycznia 2013

Światowy dzień chandry - jak żyć?

Światowy dzień paszteta jest powszechnie znany jako kobieca chandra, której żadnej z Nas nie muszę przybliżać. Przychodzi niespodziewanie, kradnie nam szampon, dobre samopoczucie, wszystkie ciuchy z szafy i pozbawia resztek kobiecości. Pierwsze symptomy możemy zauważyć już od momentu położenia nogi na podłodze, drażniące spodnie na tyłku, każdy włos w inną stronę, a w lustrze spotykamy swojego gorszego sobowtóra, nie ma większej tragedii jak kobieta wyglądają jak Obcy w pierwszej fazie rozwoju embrionalnego… Dzisiaj ja przezywam swój osobisty dzień paszteta i rzucę Wam kilka rad jak sobie z nim radzić ;) Subiektywnie i z przymrużeniem oka.
Punkt 1: Jeżeli posiadasz Xboxa, jeżeli umiesz tańczyć, jeżeli potrafisz odblokować choć kilka nowych poziomów, poruszaj się trochę przed telewizorem, może Twoje życie znów wróci na swoje miejsce… jak nie, to najwyżej spocisz się niepotrzebnie, zirytujesz niemożliwością przejścia poszczególnych poziomów… albo w ogóle tym, że nie posiadasz Xboxa i życie jest niesprawiedliwe! Jest. Niestety :D
Punkt 2: Wyciągnij TYLKO swoje ulubione pomadki, paCZaj na nie, niech one paczają na Ciebie. Pokoloruj swój świat, usta, czoło, wyrysuj sobie serduszko na ręce, zjedz ją, obliż, zrób zdjęcie, schowaj wszystkie głęboko do pudełka i uświadom sobie, że one nie czają co to jest chandra i nigdy Cię nie będą potrafiły zrozumieć – owszem, niestety!
Punkt 3:  Podczas chandry zawsze przewija się jeden niezmienny temat – mam za dużo kilogramów! Nie becz, nie kop, nie próbuj się głodzić, to nic nie da! Potem i tak postawisz krok w KFC albo w innej syfiarskiej „restauracji”. Nie waż mi się także wyciągać lodów z lodówki, w ogóle to dlaczego Ty masz te cholerne lody w lodówce? Won mi z nimi. Zero ciasteczek, zero deserków, ciast i wszystkiego co spowoduje, że będzie Cię łatwiej obejść niż obskoczyć. Masło orzechowe bez soli i cukru, 95% zawartości orzechów, cenny olej arachidowy – chandra na diecie nie musi być taka straszna, wiem bo mam chandrę i mam dietę ;)
Punkt 4: Strzel sobie makijaż niczym porządna cyganka na targu, mów do swoich różowych rózy, one z pewnością Cię zrozumieją, za to Twój facet z pewnością tego nie zrobi - nie licz na to. O ile go masz, jak go nie masz nie próbuj mówić do kota, ma pazury, długą sierść i może "narobić" na Twoje problemy ;)
Punkt 5: Zrób zakupy… jeżeli Twoja karta jeszcze nie odmówiła posłuszeństwa, jeżeli jednak odmówiła… wpatruj się w swoje ukochane buty, może do Ciebie przemówią, wskoczą Ci na kolana i pogłaskają, uwaga  to naprawdę działa!
Punkt 6: Wyciągnij sukienkę, spódnice, sandały, spodenki.. cokolwiek wiosennego, letniego, co kupiłaś w środku siarczystej zimy, tylko i wyłącznie po to, by czekała razem z Tobą na nadejście wiosny, co z tego, że nie zdążyłaś oderwać metki i patrzysz na nią tylko kiedy odwiedzasz swoją szafę, by stwierdzić, że nic w niej nie ma… ubierz się w nią, ulep w niej bałwana a potem narzekaj, że przemroziłaś tyłek i nie zamierzasz wyjść nigdzie przez następną dekadę. Widzisz, chandra zniknęła? Zastąpiłaś ją wyższym poziomem irytacji.
Szablonowy opis choroby i jej symptomów znajdziecie na powyższym rysunku. ;) Post oczywiście z przymrużeniem oka, proszę go nie brać na serio ;) A Wy jakie macie sposoby na chandrę w środku zimy?

27 stycznia 2013

Is it Sunday now? Nowości i wyprzedażowe łupy

Czy dzisiaj już niedziela? Najbardziej leniwy dzień weekendu? Yep! W niedzielę zazwyczaj karmię swoją filmową duszę, pochłaniam pomidorowe pesto z pełnoziarnistym makaronem i popijam najlepszą wodę mineralną mowa tu o Cisowiance Perlage ;) Oj tak wygląda błogość na diecie. Za mną już 16 kg i planuje zrzucić jeszcze 6 kg, a wtedy waga będzie idealna, jednak nie mam zamiaru zrezygnować z ćwiczeń ani z większości nawyków żywieniowych nabytych podczas diety. Chyba nigdy nie czułam się tak zdrowa i pełna sił jak teraz, moja dieta nie jest i nigdy nie była żadną katorgą i milionem wyrzeczeń, obecnie traktuje ją jak spójną część mnie, ale nie o tym miało dzisiaj być… Jako, że jest styczeń i nadal mamy wyprzedaże to pochwalę się kilkoma nowościami w mojej szafie i kosmetyczce ;) Taki post jeszcze się pojawi, bo czekam na kilka rzeczy, które mają dojść lada chwila. Przepadłam ostatnio na Asosie i już nie mogę się doczekać przesyłki :D
 Azjatyckie kosmetyki do testowania otrzymałam od Asian Store, ten BB krem z kawiorem i złotem jak na razie spisuje się u mnie wręcz bajecznie :)
Suche szampony Batiste w końcu u mnie :) Naprawdę są fenomenalne ;) Plus odżywka bez spłukiwania z Biovax.
 Tutaj chciałam pokazać moje nowe legginsy ze Stradivariusa, które mają naprawdę świetny barokowy nadruk, który jest  przecudnie wykonany i wygląda bardzo ciekawie ;)
 Trampki z ćwiekami dorwane na promocji w Deezee.
Lubicie takie posty? Chcecie ich więcej? :) Dajcie mi znać :)

26 stycznia 2013

MAC Impassioned - pomadka nie do zdarcia ;)

W żywych, mocnych i wyrazistych kolorach czuję się najlepiej, czasem jedynie sięgam po spokojne stonowane kolory, kiedy jakaś okazja tego wymaga, bądź zwyczajnie chcę się wtopić w tłum ;) Dzisiaj pokażę Wam moje cudeńko, które dorwałam na warsztatach w MACu, od dawna ta pomadka chodziła mi po głowie i wierciła w niej dziurę, opłaciło się – przygarnęłam ją do siebie na stałe ;) MAC Impassioned o wykończeniu AMPLIFIED to pomadka bardzo kremowa, intensywna, zawierająca dużo koloru, mocno nasycona, bardzo dobrze kryjąca. Po prostu istne cudo! Trzyma się na ustach bardzo długo, powoli traci intensywność, jeżeli jednak chcemy uzyskać mniej koloru to polecam włożyć między wargi chusteczkę higieniczną i ją cmoknąć ;) Dzięki temu możemy stopniować uzyskany kolor.
A Wam jak się podobają takie kolorki? Jesteście zwolenniczkami nudziaków, czy może tak jak ja miłośnikiem soczystych kolorów? ;) Przypomnę, że MAC Impassioned koszstuje w MACu 79zł i jest to pomadka, którą często noszę w torebce, bo ma wszystkie cechy pomadki idealnej.

25 stycznia 2013

The best of glowing - MAC mineralize skinfinish

Na wstępie chciałabym Was wszystkie przeprosić za tą ponad tygodniową nieobecność – pochłonęło mnie życie, maniactwo zakupowe i miłość do nowego serialu ;) Przy okazji jeszcze styczniowe lenistwo i brak zadowolenia z czegokolwiek, a szczególnie ze robionych zdjęć na bloga. Uff! Ten okres już za mną, więc wracam z wielką torbą zakupów kosmetycznych i nie tylko, może jakiś outfit?:D Dzisiaj jednak przyszła kolej na recenzję rozświetlacza MAC w odcieniu soft& gentle, który dumnie towarzyszy moim kościom policzkowym od sierpnia ;) Z jego recenzją trochę się ociągałam, z dosyć dziwnych powodów… Nigdy na zdjęciu nie mogłam uchwycić jego rzeczywistego piękna! Jednak postaram się przybliżyć Wam nieco jego sylwetkę ;)
Moje wrażenia:
Dawno dawno temu w odległej krainie zwanej MAComanią… okej okej! Bajek opowiadać nie potrafię ale opowiem Wam autentyczną historię ;) Mineralize Skinfinsh trafił do mnie dzięki poleceniom dziewczyn na moim profilu facebookowym. Długo szukałam dobrego rozświetlenia, kilka razy trafiłam na tragiczne w skutkach buble i jakoś tak się potem stało, że zaprzestałam używania tego rodzaju kosmetyków. Jednak przekonałam się dzięki Pani Ani z Krakowskiego teamu MACa, która zaaplikowała mi pewnego razu go na moje lica ;) Rozświetlacz tworzy piękną taflę na polikach, jest drobno zmielony i nie rzuca się okropnie w oczy, trzyma się cały dzień bez poprawek i nie wygląda dyskotekowo. Często używam go samotnie jeżeli mam zamiar gdzieś tylko na chwilę wyskoczyć, bo świetnie podkreśla rysy mojej twarzy i nieco wyostrza moje policzki. Mankamentem jest to, że przy nakładaniu się nieco osypuje, ale da się temu zaradzić. Wydajność jest zabójcza! Ten rozświetlacz spokojnie starczy mi na lata, a znam dziewczyny które mają go już rok i nawet nie dobiły do połowy ;) Mój ulubiony rozświetlacz do codziennego użytku, bez dyskusji! Skóra wydaje się świeża, wypoczęta, promienna!

Podsumowanie: 
za 10 gram tego specyfiku zapłacimy 120zł, jest to cena jednak jak najbardziej adekwatna do wydajności, efektów jakie możemy uzyskać i trwałości tego cuda! Nigdy się z nim nie rozstanę, bo wątpię abym znalazła lepsze rozświetlenie, dla mnie ten produkt to ideał i nie wyobrażam sobie bez niego mojego codziennego makijażu. Początkowo chciałam kupić High Beam z Benefit, jednak miałam jego próbkę i nie dorasta do pięt MACowemu koledze ;) Poza tym Benefitowy rozświetlacz, jest ważny tylko 6 miesięcy, więc to duży minus. Jeżeli zastanawiacie się nad kupnem dobrego rozświetlacza i nie wiecie który wybrać, udajcie się do MACa po soft & gentle, a z pewnością nie będzie zawiedzione ;)

15 stycznia 2013

Sigma - o prezencie godnym Oskara ;)

O pędzlach Sigmy marzyłam od dawna, przeczytałam morze opinii, pochlebnych recenzji i widziałam tysiące zapierających dech w piersiach swatchy, pędzli które na pierwszy rzut oka wyglądają naprawdę porządnie. Niejednokrotnie słyszałam opinię, że pędzle Sigmy są porównywalnie dobre do pędzli z mojego kochanego MACa, myślę, że chętnie to zweryfikuje i teraz mam taką okazję :) Niedawno odezwał się do mnie Pan z PR Sigmy o intrygującym imieniu Vincy, proponując przyłączenie się do programu partnerskiego. Oczywiście, pierwsze co sobie pomyślałam to yhym… ja mam przez rok trzymać baner na pulpicie bloga, a wy mi dacie jakieś 5zł z zysków z przekierowań ;) (nawiązanie do jednej z ofert współpracy, większość z Was pewnie wie, o jakiej sytuacji mówię) jednak nie, ten program partnerski pozwala nam testować produkty, plus otrzymywać dodatkowe korzyści, jednak one są raczej symboliczne i mało mnie interesują. Najbardziej interesują mnie ich pędzle i dzięki temu programowi mogę je przetestować, na razie jeden, ale z czasem myślę, że moja kolekcja tych pędzli będzie się powiększać i sama dołożę do tego z własnej kieszeni…Mam go od dwóch dni, ale coś czuję w kościach, że będzie warto ;)
Jak widać pędzel był zapakowany w gustowne opakowanie z różową kokardą, uwielbiam takie dbanie o szczegóły :) Zawsze przyjemniej się to rozpakowuje, zresztą uwielbiam estetycznie wyglądające rzeczy, cóż tu się czarować będziemy :D A Wy dziewczyny macie jakieś doświadczenia z pędzlami Sigmy? Macie jakieś w swojej kolekcji? :)

11 stycznia 2013

Black winterland outfit

Zima to dla mnie trudny czas, trudny nie tylko przez mrozy, wszędobylskie chlapy i wilgoć która robi z moich włosów nierównomierne strączki. Zima to przede wszystkim czas, w którym ubieram się na cebulkę, której nienawidzę, dla mnie mniej znaczy więcej, więc kocham lato za to, że wystarczą mi vansy, spodenki i pierwszy lepszy t-shirt z komody. Zima jednak nie chodzi na ustępstwa i bywa coraz mniej łaskawa, dlatego też stając codziennie przed swoją szafą z głośną myślą w głowie „nie mam się w co ubrać” idę zimie naprzeciw i ubarwiam sobie świat kontrastującą ze śniegiem czernią i kapeluszem, który chroni mnie przed oślepiającym mroźnym słońcem. Wbrew temu co widać na zdjęciach z domu wyszłam w wyprostowanych włosach… nie skomentuje tego, dlatego przy następnym outficie zobaczycie już grube fale, których wilgoć mi nie zniszczy. W poniedziałek szykuje się wizyta u fryzjera, trzymajcie za mnie kciuki ;) Outfity będą pojawiać się coraz częściej, gdyż w końcu udało mi się zwerbować moją sąsiadkę do zdjęć i mam zamiar wykorzystywać jej potencjał częściej niż często.

Płaszcz/Mohito Leginsy/Mohito Sweterek/Cropp Futerko/Stradivarius Buty/Zara Rękawiczki/Stradivarius/ Torebka/ECHO Naszyjnik/H&M Kapelusz/Glitter
Dziewczyny, jak Wam się podoba mój pierwszy zimowy outfit? :)

10 stycznia 2013

Snapshots of the week#1

Jestem miłośnikiem postów z cyklu o wszystkim i o niczym, a mowa tu o zbiorze zdjęć z całego tygodnia, lub jak u niektórych – miesiąca. Postanowiłam pójść za ciosem i także wrzucić coś ze swojego tygodnia, dzisiaj wersja nieco robocza, bo najczęściej fotografuję się w przymierzalniach (sprawdzając czy ciuch na mnie leży bądź śląc mmsy do znajomych o poradę;P) jednak obiecuje się poprawić i robić zdjęcia bardziej inspirujące :D Mam nadzieję, że takie posty przypadną Wam do gustu :)
1.Uwielbiam takie dodatki <3
2.Ulubiona sałatka z Salad Story.
3.River Island i spódnica galaxy.
4.Śniegowce z ALDO idą w ruch.
1.Test mojej nowej pomadki plus najdziwniejsze ombre na mojej głowie :D
2.Żuczek i nowy sweterek ;)
Dziękuje! :***

W ostatnim miesiącu zorientowałam się, że kupowałam głównie tylko ciuchy, zakupy kosmetyczne zeszły na drugi plan bo niczego mi jakoś specjalnie nie brakowało, a to czego mi brakowało, akurat znalazłam pod choinką :D Szykuje się haul ale szmatkowy, bo od ładnych szmatek co jak co, to ja jestem uzależniona… już sama nie wiem od czego bardziej, w jednym miesiącu kosmetyki górują, w innym o nich zapominam :P

8 stycznia 2013

CORALISTA on my cheeks

Od dawna marzyłam o  przetarciu szlaków kultowych już róży z Benefit. Miałam zabrać do domu róż Bella Bamba, jednak Pani w Sephora, doradziła mi abym na jesień jednak postawiła na Pana koralowego, Bamba się trochę za bardzo błyszczy na zimniejszą porę roku (jeszcze tego nie zweryfikowałam). W każdym bądź razie wróciłam do domu szczuplejsza o jakieś 140zł z małym zgrabnym pudełeczkiem, całkiem podjarana. A potem… było koralowo ;)
Benefit Coralista
Koralowy róż do policzków. Jego transparentny kolor dodaje twarzy blasku i odświeża ją. Złote drobinki sprawiają, że policzki uroczo migoczą w słońcu.

Moje Wrażenia:
Do tego różu na początku jego stosowania miałam ambiwalentne odczucia, raz byłam w nim zakochana, innym razem miałam wrażenie, że zostawia mi kozie placki na policzkach. Dlatego przez pół roku albo wkradał się w me łaski z prędkością światła, albo lądował na dnie szuflady. Pewnością jest, że ten róż nadaje policzkom naturalne, koralowo-brzoskwiniowe wykończenie, zawiera miliony mieniących się drobinek które mocno rozświetlają i sprawiają, że cera wygląda na zdrową i świeżą :) Spokojnie może być używany jako rozświetlacz. Wydajność jest z pewnością analogiczna do ceny, myślę, że starczy mi na naprawdę długi czas użytkowania. Trwałość jest lepsza od MACowych róży, które uwielbiam za gamę kolorystyczną, ale co do trwałości mam obiekcje, tutaj jest inaczej, róż trzyma się od rana do samiuśkiego wieczora, mimo, iż jestem mieszańcem i moje policzki lubią błyszczeć nie tylko tym zdrowym blaskiem ;). Coralista nadaje się na każdą porę roku, bez względu na to czy jesteśmy opaleni czy też nie.
Coralista na policzku :)
Moje podsumowanie:
Myślę, że ten róż wiele osób może pokochać, z pewnością kilka miłośniczek coralisty (a podobno jest ich wiele) się ze mną zgodzi. Jao becnie go uwielbiam i nie wyobrażam sobie życia bez niego, zostanie ze mną już na zawsze, Wiem, cena może wydawać jest wysoka…jednak wydajność, wykończenie i całokształt totalnie nam tą cenę zbijają ;) Od razu przestrzegam przed kupowaniem podróbek na allegro! Dziewczyny, nie dajcie nabić się w butelkę, ten róż oryginalny można kupić przede wszystkim w Sephorze, gdzie jest także dostępny w zestawie za 125zł co wydaje się lepszą inwestycją :) 

5 stycznia 2013

W poszukiwaniu pudru idealnego - który wybrać? Pomocy!

Niedawno zorientowałam się, że nie używam żadnego pudru sypkiego pd czasów prehistorycznych. Jakiś czas temu co prawda miałam smaka na matujący z  kryolan, dostałam próbkę i niestety, wysuszał mnie na wiór, choć jestem mieszańcem. Teraz zapragnęłam pudru sypkiego z prawdziwego zdarzenia, obecnie miałam do czynienia tylko z tym z inglota, był dobry – choć nie najlepszy, szukam czegoś co jednak zmatowi mnie na dłużej i nada lekki połysk. Przejrzałam wizaż, poczytałam tu i tam i stwierdziłam, że podoba mi się ta czwórka, teraz pytanie do Was, który z nich powinnam wybrać? Macie z nimi jakieś doświadczenia? Słyszałam, że Chanelek to prawdziwa perełka, może znalazłabym go jeszcze gdzieś w promocji. Czekam na Wasze rady, bo ja jestem w tym temacie zielona i zupełnie nie wiem, na co postawić.
1: Diorskin Poudre Libre Matte and Luminous Hydrating Loose Powder (rozświetlający puder sypki)
2: Chanel, Poudre Universelle Libre 
3: MAC,  Select Sheer/Loose Powder
4: Manhattan, Soft Mat Loose Powder (puder sypki matujący)

Dziewczyny, który polecacie?